Kiedyś nie czytałem dużo książek. Byłem zdania, że łatwiej i przyjemniej jest obejrzeć film, który w kilkadziesiąt minut dostarczy mi więcej wrażeń niż książka, którą czyta się tygodniami. Prawdopodobnie i dziś wolałbym obejrzeć kryminał lub horror w telewizji niż czytać książkę, na której podstawie ów film powstał. Z książkami o psach, o ich psychice, o szkoleniu i zachowaniach jest inaczej. Po pierwsze nie ma filmów na ten temat, po drugie książka jest swoistą rozmową z jej autorem. A jeśli nie rozmową, to na pewno udziałem w pewnym specyficznym wykładzie, który daje mi autor. Od dłuższego czasu mało jest takich dni w moim życiu, w których nie czytam niczego o psach. Jestem głodny wiedzy, chcę doskonalić tę już posiadaną i zdobywać wciąż nową.
Czytając najróżniejsze pozycje dochodzę do kilku wniosków. Niektóre są zgodne z tym, co sam wyznaję, inne kłócą się z tym, a jeszcze inne zaprzeczają temu czego się przez lata nauczyłem. Jestem istotą rozumną i mam prawo do własnych przemyśleń, do własnych spostrzeżeń, ale także do własnych wniosków. Moja wiedza na temat psów nie opiera się bowiem tylko na przeczytanych książkach. Zdobywam ją także w praktyce podczas obcowania z psami i ich właścicielami. I tak naprawdę to o tych drugich i dla tych drugich będzie ten wpis.
Wspominałem już na łamach tego blogu o historii psa udomowionego. Pisałem, że pies jest u boku człowieka od tysięcy lat. Nie wiem dokładnie od ilu i nigdy wiedzieć nie będę, ponieważ jedne źródła mówią o ośmiu inne zaś o dwunastu tysiącach. Dla mnie - człowieka o ścisłym umyśle - różnica między osiem a dwanaście wynosi równe pięćdziesiąt procent, co jednocześnie jest błędem nie do przyjęcia. Nie zwracam więc uwagi na liczby, tylko na to, że każdy z wymienianych okresów jest piekielnie długi. Tak długi, że nie potrafię sobie wyobrazić czasów tak odległych oraz zwyczajów i warunków wtedy panujących. Myślę też, że pies, który wówczas podchodził do osad ludzkich, aby zdobyć pożywienie również był inny niż ten w moich wyobrażeniach.
Potrafię jednak wyobrazić sobie ogrom osiągnięć człowieka, które miały miejsce przez tysiące lat. Wynaleziono pierwsze narzędzia, koło, elektryczność. Były pierwsze maszyny parowe, samochody, kolej. Człowiek nie przestawał doskonalić swojego życia. Wymyślił komputery, telefony, przekazy satelitarne. Wymyślił najróżniejsze systemy zbrojne. Wylądował na księżycu i badał najgłębsze otchłanie oceanów. A podczas tych wszystkich wynalazków u boku człowieka był pies… Niewielu ludzi wylądowało na księżycu, ale zdecydowana większość ma telefon i potrafi obsłużyć komputer. Dlaczego zatem człowiek uczynił tak mało, aby zrozumieć język swojego najwierniejszego przyjaciela, który jest z nim o tysięcy lat? Nie wiem… Nie wiem też dlaczego prawie każdemu właścicielowi psa wydaje się, że wie o swoim pupilu wszystko. Ja o swoich psach wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Każdego dnia studiuje ich zachowanie i każdy dzień jest dla mnie kolejną lekcją. Wiem, że do końca dni, które przyjdzie nam razem przeżyć będę czerpał naukę, w której to ja jestem uczniem, a one nauczycielami… Psy nauczyły się bowiem przez lata przekazywać swym przewodnikom sygnały, które doskonale mówią o zamiarach, niepokojach, dyskomforcie. Potrafią powiedzieć, że sytuacja, w której się znalazły jest dla nich stresująca, że polecenie wydawane przez właściciela jest niezrozumiałe lub sprzeczne z innym. My ludzie jednak wciąż nie potrafimy odczytać tej jakże wyraźnej mowy. Dlaczego?
Może dlatego, że nie chcemy, bo tak nam wygodniej. Może dlatego, że widzimy w postaci psa, osobnika, który nie może nam się sprzeciwić. Może dlatego, że przychodząc z pracy możemy odreagować na psie swoje niepowodzenia. Przecież nie krzykniemy na szefa, ani go nie kopniemy. A na psa możemy. Zwolnić nas nie zwolni, ripostą też nie rzuci… Po co zatem uczyć się psiego języka? Moim zdaniem powodów jest kilka…
Jeden z nich to niewątpliwie szacunek, który psu się należy. Pies jest przecież tak naprawdę od niedawna do towarzystwa. Wcześniej pełnił rozmaite funkcje w służbie człowiekowi. Polował z nim na zwierzynę, wyławiał sieci rybackie, pilnował bydła, ciągnął wózki z ciężarami. Oczywiście dziś psy również pełnią ważne funkcje takie jak ratownictwo górskie, wodne, psy policyjne, które wysyłane są w centrum największych zagrożeń. Jest ich jednak stosunkowo niewiele. Reszta to psy, które nie pełnią w naszym życiu żadnych “poważniejszych” ról. Są po prostu naszymi towarzyszami.
No tak, ale skoro są u naszego boku, skoro mieszkają z nami pod jednym dachem, to wypadałoby umieć się z nimi dogadać. Przez dogadanie rozumiem nie tylko wydawanie poleceń (czasem nawet rozkazów), ale także wysłuchanie. I w tym momencie muszę wrócić do pierwszych moich zdań tego postu czyli do czytanych przeze mnie książek. Jest ich na rynku naprawdę wiele i właściciel, który chce dowiedzieć się czegoś o swoim psie ma w czym wybierać. Niestety ogrom pozycji, to strata czasu i pieniędzy. Wciąż bowiem z książek napisanych przez znanych szkoleniowców z całego świata dowiadujemy się, że jesteśmy osobnikiem alfa, że pies próbuje zdobyć przewodnictwo w stadzie i że powinniśmy przechodzić pierwsi przez wąskie przejścia. Wszystko to odnosi się do teorii dominacji, o której również już pisałem, ale dziś chcę do niej powrócić.
Drogi Czytelniku! Teoria dominacji dawno już została obalona. Ustalono, że pies i człowiek nie tworzą stada. Pies nie próbuje nas zdominować, aby osiągnąć status osobnika Alfa. Człowiek nie jest i nigdy nie będzie takim osobnikiem dla psa. Pies nie jest wilkiem.
Piszę o tym, ponieważ nie znalazłem książki, która w stu procentach wolna jest od teorii dominacji. To paskudztwo tak zakorzeniło się w umysłach ludzi, że nie jesteśmy w stanie wyplenić tego chyba przez setki lat. Wierzę jednak w mądrość i inteligencję czytelników i żyję nadzieją, że proces ten będzie się powoli następował. Nijaka pani Jan Fannell pisze w swej książce znakomite porady, które się sprawdzają w szkoleniu psów i które mają sensowne wytłumaczenie ale zupełnie nie potrzebnie podpiera je teorią dominacji. Jaką trzeba mieć fantazję, aby napisać taki oto fragment:
“Jeżeli skacze na nas, należy cofnąć się i bez słowa odejść od niego. Jeżeli wokół nas jest zbyt mało miejsca na to albo pies jest wyjątkowo natrętny, należy zasłonić się ręką i delikatnie odsunąć psa od siebie. Należy zwracać szczególną uwagę na to, aby nie odzywać się do psa, ani nie patrzeć na niego. Zachowanie takie ma pokazać, że nie uznajemy jego przywództwa.”
Wszystko się zgadza poza ostatnim zdaniem. Czy naprawdę sądzicie, że pies skacze na nas, aby osiągnąć przywództwo? Moim zdaniem ułańska fantazja… Jeśli pies skacze na nas, to rzeczywiście powinniśmy go ignorować. Ale tylko po to, aby pies zrozumiał, że takie zachowanie nie przynosi mu korzyści w postaci naszej uwagi. Kiedy pies nie skacze osiąga znacznie więcej czyli jest to dla niego opłacalne. Pies uczy się bowiem przez skojarzenia! Po co zatem wplatanie do właściwej porady domniemanego przywództwa w stadzie? I jak ja mam stawić czoła “fachowcom” w rozmowie z właścicielami? Przecież ktoś, kto napisał książkę na pewno wie lepiej niż jakiś tam ktoś z miasta w zacofanej Polsce. Samo nazwisko obcojęzyczne i fakt wydania w naszym kraju książki czyni z autora autorytet.
A ja pozwolę sobie na przewrotność i na zaprzeczenie tej tezie. Najlepszym przykładem jest pan Cesar Millan. Ów “zaklinacz psów” tak naprawdę jest wyłącznie dobrym showmanem i taką rolę pełni w programie jaki emituje telewizja National Geographic. Przedstawione tam cuda są tak naprawdę efektem wielodniowych ćwiczeń. My widzimy na ekranie efekt po kilku minutach. Sam Millan wielokrotnie podczas jednego odcinka mówi o przywództwie w stadzie o hierarchii i podobnych rzeczach. Czyli w prosty i wyraźny sposób odnosi się do teorii dominacji. Czy zatem efekty, które odnosi są fikcją? Oczywiście, że nie. Tyle tylko, że on nie szkoli psów, a łamie ich psychikę. Pies ze złamaną psychiką jest zrezygnowany i w rezultacie wykonuje to czego człowiek od niego wymaga. A tak naprawdę nie wykonuje tego, za co zostanie ukarany. Oczywiście cieleśnie. Pan Cesar ma w Stanach wiele procesów o znęcanie się nad psami, o czym nie dowiemy się z show jakim jest “Zaklinacz Psów”. Ale znów zadam pytanie kto jest większym autorytetem? Pan z zagranicznej telewizji czy jakiś tam człowieczek z małej Polski. Odpowiedź jest bardzo prosta. Uczmy się języka psów, bo wtedy zobaczymy co one mówią na widok Cesara Millana. Każdy, kto będzie znał język naszych przyjaciół będzie umiał zweryfikować pracę tego szkoleniowca i wielu innych. Będzie mógł zrozumieć jakie błędy popełnia sam w obcowaniu z psami. Ja chcę wiedzieć co mówią moje psy i chcę wiedzieć jakie błędy popełniam, aby je wyeliminować. Chcę, aby moim psom żyło się lepiej…